Bez zbędnych wstępów to jest moja lista pięciu typów ulubionych klientów, których lepiej omijać przy tworzeniu stron internetowych.

klient nr.1 – zarobiony Pan prezes spółki

Mój ulubiony typ klienta. Z tymi gośćmi nigdy nic dobrze nie wychodzi. Najpierw przez miesiąc trzeba wymienić dziesiątki wiadomości, rozmów tel, rozmów na komunikatorze. Wspomnijmy jeszcze o tym, że ten Pan ma mało czasu w tygodniu, bo On zarabia gruuuby hajs, więc takimi pierdołami jak strona to raczej będzie zajmować się w sobotę i niedzielę – więc oprócz innych swoich tematów tyrasz cały tydzień. Oczekiwania co do usługi są ogromne. Niestety osoby projektujące strony, mają ten ciężki zawód, że bardzo często robią strony dla branży, o której nie mają zielonego pojęcia. W takim przypadku musimy dokładnie wypytać klienta o każdy szczegół strony. Najlepiej by było, gdyby taki klient dostarczył nam jakiś opis, tekst na stronę, gotowy, lub do lekkiego przeredagowania. Pan Prezes nie ma czasu na te pierdoły, więc trzeba samemu sobie poradzić i coś znaleźć w siedzi, douczyć się żeby dało się napisać te parę zdań. Na pytania o design strony, On nie ma pomysłu, ale musi być strona sztos, taka żeby konkurencja zazdrościła. Najlepiej zrobić z 5 takich próbek a On łaskawie coś sobie wybierze… Jak to się wszystko kończy? Ano bardzo źle. Strona wygląda dosłownie jak zlepek przypadkowych obrazków z wypełnieniem lorem ipsum, bo ona ciągle nie jest ukończona. Potrzebujesz informacji co dalej, ale w odpowiedzi dostajesz – „jutro postaram się wysłać potrzebne informacje” – mija tydzień, dwa, przypominasz się, ta sama odpowiedź i tak w nieskończoność. Ty się narobisz, Pan Prezio nie jest zadowolony z usługi, ba nawet pieniądze, które od Niego chcesz za swoją pracę, przerastają nagle jego możliwości finansowe i za fakturę dostajesz wypłatę w ratach przez najbliższe 4 miesiące.

Klient nr.2 – pan sam wiem jak to zrobić

Człowiek legenda i to nie tylko przy produkcji stron internetowych. Gościu, który już od początku wie czego chce, że ma być WordPress, takie wtyczki, taki tekst i takie obrazki. Na początku jest jest spoko, przygotowane zdjęcia, jest już plan, są unikalne teksty. I zaczynamy budowę strony już na jego hostingu. Po kilku dniach Pan Sam chciałby dostęp do zaplecza żeby tam sobie popatrzeć jak idą zmiany. No w sumie ok, nic się nie stanie, dajemy mu konto redaktora. Ale przecież dlaczego te ograniczenia, on nie może czegoś tam zobaczyć i chciałby admina – no ok to masz admina – mamy kopie zapasową z pracy, więc nawet jak usunie stronę to szybko ją przywrócimy do życia. No i teraz zaczyna się rollercoaster. Kończymy pracę w poniedziałek i wracamy rano we wtorek, a tam wszystko przewrócone do góry nogami, jakieś straszne kolory poustawiane, na jednej stronie w 3 akapitach mamy 7 różnych krojów pisma. Ło matko co to się tu… Telefon do Pana wiele wyjaśnia, on ma taki plan i takie muszą być kolory, bo one są takie same jak na jego samochodzie, poza tym on lubi czerwony. No dobra próbujemy dopasować wszystko do tego co się tam wydarzyło, ale spoko, jutro znowu nastąpi zmiana i wszystko zacznie się od nowa. Strona wygląda jak kiermasz rozmaitości, Ty się wstydzisz umieścić link do tego czegoś w swoim portfolio, za tydzień cały projekt i tak pada i przestaje działać. Często się zastanawiam, czy taki facet przy wieczornych igraszkach z żoną, w pewnym momencie mówi do niej, eee dobra weź idź do łazienki ja sam wiem jak to dobrze zrobić…..

KLIENT NR.3 – Pan poprawka

Kolejna legendarna, wręcz epicka postać. Przy produkcji strony internetowej, po wywiadzie z klientem przygotowujemy mockup strony, czyli taki podgląd graficzny z zaznaczonymi miejscami, że tu będzie menu, a tu obrazek, a tam tekst. Po pracach poprawkowych i wstępnej akceptacji zaczynamy stawiać stronę. I po całej zabawie w zbudowanie strony, Pan Poprawka zgłasza swoje sugestie. A może przesuńmy to kółko (które jest tylko jakimś tłem, wypełniaczem) tak o 4mm w lewo. Jutro będziemy to kółko przesuwać do góry, a w czwartek jednak wrócimy do pozycji wyjściowej bo jednak tak chyba było najlepiej. Najśmieszniejsze sytuacji z Panem Poprawką są podczas „remontu” jego starej strony. Zmieniamy szatę graficzną, ale tekst zostaje bez zmian. Ok więc wszystkie teksty kopiuj, wklej. Ale okazuje się, że Pan poprawka zgłasza, że tam są błędy ortograficzne, pozjadane literki itp. no i jak można się było dopuścić tak rażących błędów. To nic, że to jego własny tekst, który miał przez ostatnie 5 lat na poprzedniej stronie. Z Panem Poprawką praca nigdy się nie kończy. Tak jak daję gwarancję na strony na okres 12 miesięcy, tak ten okres cały mam wypełniony jakimiś poprawkami. Pan Poprawka super opcja dla pracoholików.

klient nr.4 – pan Fantasta-zwodziciel

Jeden chyba z bardziej nielubianych typów klienta. Zaczyna się niewinnie, od pierwszego telefonu i ponad dwugodzinnej rozmowy i wypytaniem o najdrobniejsze szczegóły. Potem dochodzi korespondencja email, hektary tekstu, setki pytań, na każde trzeba odpowiedzieć, bo zaraz ono i tak powróci wyboldowane, aby go tym razem przypadkowo nie przeoczyć. Znowu telefony, znowu emaile, testy innych stron, porównania. Ten pan jest ekspertem, bardzo często wydaje mi się, że ma większą wiedzę w projektowaniu stron od topowych projektantów i designerów. Ta współpraca nigdy nie dochodzi do rezultatu, on po prostu chce się nauczyć jak samemu zrobić taką stronę, a w rezultacie i tak jej nie robi. Szkoda mi na tego pana czasu, więc tutaj też nie będę się rozpisywać.

klient nr.5 – Pan szantażysta-handlowiec

Czyli klient typu, jak zrobić sobie stronę za darmoszkę. Ten gość, podobnie jak Pan Sam, wie czego chce, mało tego wie co ile kosztuje….na fejsbuku… Dlaczego więc na tym fejsbuku nie znalazł sobie taniej siły roboczej w postaci studenta, który się dopiero uczy? Nie wiem. Jedno jest natomiast pewne, w tym przypadku nie zarobisz. Tu jest wszystko przeliczone na godziny, godziny policzone według stawki, która obowiązuje w jakiś chyba archiwalnych ogłoszeniach z olx. Przy wycenie kolejnego modułu zawsze jest feedback w postaci, a tamten człowiek mi to zrobi za pół Twojej ceny i u niego to zamówię, no chyba że zgodzisz się na jego stawkę lub taniej jak chcesz zarobić. A na koniec całej przygody i tak będzie się targować, a to żeby uciąć końcówkę z kwoty na fakturze, tak żeby było równo. Tego gościa można wrzucić do tego samego wora co tekst: „będziesz mieć do portfolio”. Na niego też mi szkoda czasu, bo godzinówka mi się nie zgadza.

Jak ich zdemaskować i nie wpakować się na minę?

Trzeba mieć już trochę obycia z takimi klientami i to się czuje już przy pierwszej wiadomości lub rozmowie. Z większością żadne umowy nie działają, zawsze można coś zmienić, renegocjować. Dlatego nie ma co się bawić w umowy. Ja na dzień dobry wystawiam fakturę proforma, stronę robię na swoim serwerze, a po zaksięgowaniu wpłaty na koncie publikuję stronę na hostingu klienta.

Linki

Potrzebujesz pomocy przy budowie strony internetowej? Pisz, chętnie Ci pomogę.

Podobne Wpisy